Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Wielki Luciano

Treść

Na czym polegał fenomen Luciana Pavarottiego? Co sprawiało, że nie tylko podziwiały, ale i kochały go miliony słuchaczy od wybitnych znawców sztuki pięknego śpiewu po zwykłych widzów telewizji, niezaglądających nigdy do sal operowych? Pokazywany na szklanym ekranie słynny koncert trzech tenorów, który w 1990 roku odbył się w rzymskich termach Karakalli, wciąż przyciąga słuchaczy, a sprzedane w ciągu trzech miesięcy trzy miliony płyt i kaset z jego nagraniem uczyniło zeń niepokonany do dziś przebój fonograficzny. Powie ktoś, że przecież współtwórcami tamtego sukcesu byli Placido Domingo i José Carreras. Tak, ale uważny widz z pewnością zauważył, że największe brawa rozlegały się, gdy na estradzie pojawiała się potężna postać z wielką, podobną do obrusa (tak!) nieodłączną chustką w ręce i z uśmiechem, na który nie można było nie odpowiedzieć tym samym, gdy rozlegał się głos o niepowtarzalnym brzmieniu i barwie. Wydawało się, że włoskie słońce nasyciło go takim ciepłem i blaskiem, jakim syci winne grona, nic więc dziwnego, że gdy śpiewał "O sole mio", już po pierwszych dźwiękach rozlegały się brawa. *** A więc przede wszystkim wspaniały głos... To dar od losu, choć niewątpliwie o wrodzonej muzykalności zadecydowały zamiłowania rodzinne. Muzyka zajmowała ważne miejsce w domu modeńskiego piekarza Fernanda Pavarottiego. Luciano wspominając po latach dzieciństwo - jak mówił - wspaniałe, bo otoczone miłością rodziny i beztroskie, mimo że pieniędzy nigdy nie było za dużo (jako dwudziestolatek otrzymywał od ojca jednego dolara na tydzień i takie kieszonkowe podobno mu wystarczało), opowiadał, że ojciec "znosił do domu płyty wszystkich wielkich ówczesnych tenorów - Giglego, Martinellego, Schipy i Carusa i słuchał ich bez przerwy. Skoro już musiałem w tym uczestniczyć na co dzień, to łatwo zgadnąć, iż sam zacząłem w końcu naśladować ich i starałem się im dorównać. (...) Musiałem po prostu zostać tenorem". Do osiągnięcia tego celu prowadziła jednak długa droga i ciężka praca. 19-letni Luciano rozpoczął w 1954 roku naukę w rodzinnej Modenie u Arrigo Poli, tenora, który znając sytuację materialną rodziny Pavarottich zdecydował się uczyć go za darmo. "Przez sześć miesięcy ćwiczyliśmy jedynie wokalizy i samogłoski" - wspominał po latach artysta. Ta nauka trwała dwa lata. Potem nadszedł czas czteroletnich lekcji z Ettore Campogallianim w Mantui. "Gdy zaczynałem naukę śpiewu, wyznaczyłem sobie na osiągnięcie pozycji dziesięć lat, czyli do trzydziestki. (...) Miałem za sobą prawie siedem lat intensywnych studiów, a mimo to moja kariera nie zaczęła się nawet. (...) I nagle stało się coś graniczącego z cudem". Tym "czymś" był koncert w Salsomaggiore, który poruszył publiczność i dodał pewności młodemu śpiewakowi. Prawdziwym początkiem kariery Pavarottiego stał się jednak Konkurs im. Achillesa Peri w Reggio Emilia w 1961 roku. Zdobycie I miejsca gwarantowało debiut sceniczny. 29 kwietnia 1961 roku Luciano śpiewa Rudolfa w "Cyganerii". Rok później słynny Tulio Serafin powierza mu partię księcia w spektaklu "Rigoletta" wystawianym w Teatro Massimo w Palermo. W roku następnym Pavarotti wyjeżdża za granicę, śpiewa w Amsterdamie Edgara w "Łucji z Lammermoor". W tymże samym roku jest zaproszony do Londynu, do Covent Garden jako ewentualne zastępstwo za chimerycznego już Giuseppe di Stefano. Gdyby do zastępstwa nie doszło, miał obiecany ostatni spektakl. Di Stefano zaśpiewał jednak zaledwie jedno przedstawienie, a potem zerwał występy. Luciano odniósł niesłychany sukces. Rok 1965 to debiut w La Scali pod batutą Herberta von Karajana, 1968 - zdobycie Metropolitan. Wcześniej, w 1964 roku, zawitał do Polski, do... Bydgoszczy. Jak wspomina Stanisław Gałoński, podówczas szef Capelli Bydgostiensis, Reggio Emilia było miastem partnerskim Bydgoszczy. Capella Bydgostiensis gościła w tamtejszym teatrze z koncertami, w rewizycie nad Bzurę przyjechało czworo śpiewaków i dyrygent, by wystąpić w bydgoskiej filharmonii. Pavarotii śpiewał m.in. arię z "Purytanów" Belliniego i - jak pamięta dyrektor Gałoński - śpiewał ją fantastycznie. Z równym zapałem grał podobno w zośkę na filharmonicznym podwórcu. *** Marzenie się spełniło, największe sceny operowe świata były przed nim otwarte. Był doskonały w muzyce XIX wieku, posiadł trudną sztukę belcanta. Podobno wiele w tej mierze zawdzięczał znajomości ze znakomitym sopranem Joan Sutherland i jej mężem, znanym dyrygentem Richardem Bonynge'em, z którymi odbył wielkie, zakończone sukcesem tournée po Australii w 1964 roku. Słuchacze niezmiennie podziwiali w jego śpiewie cudowną płynność frazy, doskonałe opanowanie oddechu i niezwykłą swobodę w atakowaniu wysokich dźwięków. Nikt tak jak on nie potrafił zaśpiewać słynnej arii Tonia w "Córce pułku" Donizettiego, w której kompozytor każe tenorowi 9 razy zaatakować wysokie "c". Tyle radości, swobody i lekkości jest w tym śpiewie, iż nie chce się wierzyć, że to tak wysoko, że dla większości tenorów ta aria jest po prostu niewykonalna. Radość... To chyba najważniejsza cecha sztuki wokalnej Luciana Pavarottiego. To ona, emanująca z każdego dźwięku zyskiwała mu miłość publiczności. Była szczera, wynikała ze specyficznego podejścia artysty do życia. Jako 12-letni chłopiec ciężko zachorował, lekarze nie mieli nadziei. "To bezpośrednie zetknięcie się z własną śmiercią sprawiło, że nabrałem ogromnego szacunku do życia. Poznałem, jak wiele jest ono warte. (...) Przekonawszy się, czym jest śmierć, uważam życie za coś wspaniałego - nawet jeśli pełne jest problemów i trosk. Mam więc niepoprawnie optymistyczne i entuzjastyczne podejście do wszystkiego, co mnie otacza, zaś wszystko, co robię, robię całym sercem. Z pasją śpiewał spektakle i koncerty, poszerzał repertuar, kochał swych najbliższych, pomagał innym i... jadł. Cierpiał nad swą tuszą, regularnie się odchudzał, ale potrafił i nad tą przypadłością przejść do porządku dziennego. *** Nazywano go pierwszym tenorem światowej opery. Przyjmował to z radością, ale i z właściwą sobie skromnością. "Jest to nagroda za długie lata wytężonej pracy. Kiedy słyszę podobne opinie, utwierdzam się w przekonaniu, że trud ten nie poszedł na marne i że wykorzystałem wielką szansę. Nie przywiązuję jednak aż tak wielkiej wagi do tego, czy jestem numerem jeden wśród współczesnych śpiewaków, czy może numerem drugim albo piętnastym. (...) W tym zawodzie nie chodzi bowiem o to, by być lepszym do innych, ale by podnieść swe umiejętności do możliwie najwyższego poziomu. Nie uważam wcale, bym był najlepszy. Wszelkie tego typu komplementy potwierdzają tylko, że osiągnąłem zamierzony cel, czyli że spłaciłem dług wobec niebios za obdarowanie mnie głosem, i wobec publiczności, której mogę swym śpiewem sprawiać radość. (...) Tak długo, jak będę w stanie ją dawać - nawet w mniejszym stopniu niż obecnie - nikt nie powstrzyma mnie od śpiewania". ANNA WOŹNIAKOWSKA Cytaty pochodzą z książki "Luciano Pavarotti. Historia mego życia" powstałej przy współpracy Williama Wrighta w 1981 roku, a udostępnionej polskim czytelnikom przez Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe w r. 1993 "Dziennik Polski" 2007-09-07

Autor: wa